środa, 30 kwietnia 2014

Tadeusz Różewicz. Szkoda

...z cyklu "Uroda(?) życia"

 



Kochani ludożercy
nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę


Każdy to zna. Z podstawówki. Banalna oczywistość, prawda?


A co powiecie o tym?

spał na ławce
z głową złożoną
na plastykowej torbie

płaszcz na nim był purpurowy
podobny do starej wycieraczki

na głowie miał czapkę uszatkę
na dłoniach fioletowe rękawiczki
z których wychodził palec
wskazujący i ten drugi
(zapomniałem jak się nazywa)

zobaczyłem go w parku

między nagim drzewkiem
przywiązanym do palika
blaszaną puszką po piwie
i podpaską zawieszoną
na krzaku dzikiej róży

ubrany w trzy swetry
czarny biały i zielony
(a wszystkie straciły kolor)
spał spokojnie jak dziecko

poczułem w sercu swoim
(nie pomyślałem lecz poczułem)
że to jest Namiestnik
Jezusa na ziemi

a może sam Syn Człowieczy

chciałem go dotknąć
i zapytać
czy ty jesteś Piotr?

ale ogarnęło mnie
wielkie onieśmielenie
i oniemiałem

twarz miał zanurzoną
w kłakach rudej brody

chciałem go obudzić
i spytać raz jeszcze
co to jest prawda

pochyliłem się nad nim
i poczułem zepsuty oddech
z jamy
ustnej

a jednak coś mi mówiło
że to Syn Człowieczy

otworzył oczy
i spojrzał na mnie

zrozumiałem że wie wszystko

odchodziłem pomieszany
oddalałem się
uciekałem

w domu umyłem ręce 

Tadeusz Różewicz mówił o sobie, że utracił wiarę.

Mam nadzieję, że mogę tak sobie zacytować i że to nie jest nielegalne. Gdyby było, dajcie znać, proszę. Głupio się wymądrzać na temat poety, który "pisał, aby nie musieć mówić". Najlepiej jest go po prostu czytać.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Zrzutka weekendowa

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Większość drzew się zdążyła już wypylić, próbują się rozmnożyć już tylko jakieś niedobitki, a trawa da mi jeszcze trochę czasu, więc się wybrałam, by obkupić moje Dziecię na pierwsze urodziny, czyli na Roczek po prostu.


Chodziłam dwa dni, czyli w sumie jakąś godzinę spędziłam na powietrzu:), resztę w samochodzie lub w sklepie. A oto dowody:


Piątek - dopasowanie kolorystyczne matki z córką:)

Sobota - dopasowanie kolorystyczne matki ze sklepowym parkingiem:)



No i tyle na dziś! Uściski!!!

piątek, 25 kwietnia 2014

Święty

...z cyklu "Uroda życia"


Nigdy nie miałam parcia, by jeździć na papieskie msze, choć być na nich mi się kilka razy zdarzyło. Nigdy nie czułam potrzeby znajdowania się jak najbliżej jego samej fizycznej osoby.


Oglądając go w telewizji, nie czułam żadnej bariery ani dystansu. Może dlatego nie ciągnęło mnie w jego rzeczywiste pobliże.
Nie wiem, skąd we mnie było to wręcz fizyczne poczucie bliskości, a nawet znajomości. Pewnie wytworzyłam je w sobie sama pod wpływem dwóch opowiedzianych mi przez Rodziców epizodów.

Epizod pierwszy: Boże Ciało 1978, Kraków pod Wawelem
Mam pięć lat. Stoimy z Rodzicami po skończonej procesji Bożego Ciała w Krakowie, w którym się przy okazji rodzinnego pogrzebu znaleźliśmy. Jest gorąco, słonecznie. Tuż obok nas zatrzymuje się czarna limuzyna, wysiada z niej kardynał Wojtyła i podchodzi wprost do nas. Zagaduje do Rodziców, pyta, jak mam na imię, ile mam lat, a na koniec głaszcze mnie po głowie. Żartując, odchodzi.

Epizod drugi: czerwiec 1979, I papieska pielgrzymka do Polski, Katedra na Wawelu
Mam już sześć lat. Dzień albo dwa wcześniej odbyła się na Błoniach msza. Dziś w Katedrze spotkanie papieża ze specjalnie zaproszonym klerem. Tylko klerem. Przed wąskim bocznym wejściem ciasny tłum świeckich, którzy na próżno usiłują dostać się do środka. Rodzice podchodzą aż pod same drzwi strzeżone przez nieprzejednaną siostrę zakonną, która jak dotąd nie wpuściła żadnego cywila, a teraz właśnie odprawia z kwitkiem kobietę z dziewczynką specjalnie na ten dzień ubraną w strój krakowski. Kobieta prosi, błaga, w końcu puszczają jej nerwy i zaczyna się wykłócać. Na próżno, katedra jest mała, a kleru dużo. Nareszcie zrezygnowana odchodzi, a zakonnica zwraca się do moich, pozbawionych już nadziei, Rodziców:
- Państwo w jakiej sprawie z tym dzieckiem?
Są tak zaskoczeni i tak bardzo nie wierzą w powodzenie, że nie bacząc na nic, odpowiadają:
- My? My na spotkanie z Ojcem Świętym.
Siostra odsuwa się na bok i najzwyczajniej w świecie wpuszcza ich do środka, mówiąc:
- Proszę bardzo.
Ton jej głosu nie zdradza najmniejszej irytacji ani zdziwienia.
Moi Rodzice przez trzydzieści pięć lat nie mogą zrozumieć, co się wtedy stało. Chwilę wcześniej ostra wymiana zdań ze zdesperowaną kobietą, a zaraz potem zwykły głos, zero zdziwienia i otwarte drzwi.
Tata twierdzi - a ja chcę w to wierzyć - że to zasługa moich "osobistych", tych sprzed roku, kontaktów jeszcze z kardynałem Wojtyłą. Miło mi tak myśleć. Miło mi było tak myśleć aż do samej jego śmierci w 2005 roku. A z katedry pamiętam papieża idącego nawą główną pomiędzy ławkami wypełnionymi, nie wiedzieć czemu, samymi czarno i szaro odzianymi ludźmi. Tylko on jeden biały. Z pastorałem i uniesioną pozdrawiającą dłonią. Znów przy nas staje. I znów, jak przed rokiem, głaszcze mnie po głowie.

PS Właśnie sprawdziłam w necie, czy nie "kłamię" w szczegółach drugiego epizodu. To "spotkanie z klerem", o którym wspomniałam, to było uroczyste zamknięcie Synodu Duszpasterskiego Archidiecezji Krakowskiej. Czas akcji: 8 czerwca.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Szafa świąteczna?:)

...z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Szafa świąteczna na wiosnę nie bardzo się różni od szafy zwykłej, jeśli się nie kupuje nowych ciuszków:) Człowiek się próbuje ubrać tak, aby za bardzo w kościelnych murach nie zmarznąć, nie strasząc jednocześnie zimową garderobą.


Więc choć Agnieszce obiecałam, że nie założę już więcej wysokich kozaków, to byłam przez aurę zmuszona zrobić to wieczorem i wczesnym rankiem, kiedy słońca już albo jeszcze nie było. Mam nadzieję, że się nie pogniewa:)



Oto wielkoczwartkowy wieczór - ubrałam się ciepło górą, a dołem myślałam, że w balerinach jakoś obleci. Myliłam się, zmarzłam. Powinnam była założyć na nogi jakieś botki (u mnie w tej funkcji słynne blogowe kozaki:) - jak to zrobiły inne. Półtorej godziny marznięcia w stopy w kościelnych murach nie należy do przyjemności, poza tym było ekstra!:)))


W Wielki Piątek byłam już mądrzejsza:) - ciepła góra plus ciepły dół równa się pełen komfort i skupienie na liturgii, nie na marznących stopach:)



Wielka Sobota, południe. Święcenie potraw, ciepełko, słoneczko. Co ma odzwierciedlenie w ciuszkach:) Wieczorne uroczystości nie dla mnie - tym razem ja mam dyżur przy Małym.



No i wielkanocny wczesny poranek - Niedziela. Pełny rynsztunek - zgodnie z temperaturą. Szalik, kozaki (co prawda przejściowe, ale zawsze) i sweter szetland (czyli bardzo ciepły). W południe do Rodziców jechałam już w balerinach i cienkiej bluzeczce bez niczego na wierzchu, ale to potem - zdjęcia brak:)


środa, 23 kwietnia 2014

Poświątecznie

...z cyklu "Uroda życia" i trochę "Dyrdymałki":)

 

Hit absolutny! Szwagierki mojej bezglutenowe ciasteczka-pisanki:)))


Szczęśliwie udało się nam kolejny raz przeżyć naprawdę fajne Święta. Fajne - znaczy takie, jakie chcieliśmy mieć. Perfekcyjne.

Nie "perfekcyjnie zorganizowane", nie "tradycyjne", nie "jakieśtaminne". Tylko takie, jakie wspólnym nakładem sił, starań i radości udało się nam znów urządzić. Nasze.

Tak nam wyszła bezglutenowa baba drożdżowa

"Nasze" równa się absolutnie w trybie "slow" i koniecznie jeszcze "nice". Dawno, dawno temu nauczył mnie tego mój Mąż. Powiedział, że owszem, mogę sobie zaplanować potraw, ciast i sprzątania, ile dusza zapragnie, lecz przy dwójce niewielkich dzieci, nawet przy jego wydatnym udziale i tak zrealizuję najwyżej połowę planu, będę z tego powodu wściekła, przemęczona, zestresowana i mająca pretensje do całego świata, co skutecznie nam wszystkim święta zatruje. Oświadczył wobec tego, że on nie potrzebuje domowych wypieków i tradycyjnych potraw, małe dzieci też nie bardzo, za to wszyscy chętnie pomalujemy pisanki, przygotujemy koszyczki ze święconką i ewentualnie dla zabawy upieczemy z jedno (słownie: jedno!) ciasto - takie, które robi się najszybciej. Ale to już niekoniecznie. A poza tym będziemy chodzić na Triduum Paschalne, do święcenia, na rezurekcję - z maluchami! To znaczy jedno z nas oficjalnie idzie ze starszym (czyli wtedy 3-letnim), drugie idzie z młodszym, ale na zasadzie: jak się nie da, wychodzę. Następnego dnia zmiana. Doskonale pamiętam jeden Wielki Czwartek, kiedy stałam z dwuletnim młodszym w tłumie ludzi w drzwiach kościoła, a ono myszkowało pomiędzy nogami stojących. Myślałam, że wytrzyma najwyżej pół godziny i będę się ewakuować (stąd stanie w drzwiach), ale spokojnie bawiło się do końca.

Teraz jest mniej więcej tak: 

Tatuś doczekał się godnych następców na polu drapania:)


Oboje doczekaliśmy się pisankowych upominków od Starszaków:)

W czwartek pisanki - niezła zabawa i dwa dni na wspólne drapanie wzorków.



Mazurek z glutenem...

...i bez:)

Bezglutenowa baba stygnie w piecyku

W piątek wypieki - czysta perwersja przy ścisłym poście:).
W sobotę sałatki, pieczenie mięs, święcenie potraw w południe.

Jeśli chodzi o sprzątanie:
Liczba umytych okien - zero.
Liczba wypranych firanek - zero.
Liczba przetrząśniętych szaf i szuflad - zero.
Zostawiamy to na "lepsze" czasy, jakieś wakacje czy coś:). I na pewno nie zrobimy wszystkiego na raz. Sprzątanie "świąteczne" idzie zwykłym cotygodniowym trybem.

Co do planu...:)
Każdego dnia przygotowujemy tyle, ile zdążymy, aby mieć chwilę na odpoczynek przed pójściem do kościoła wieczorem, a w sobotę tylko do południa, potem już luz aż do Wigilii Paschalnej. Ktoś powie, że to wariactwo i że się nie da. Jakieś dziesięć lat temu dało się jedno ciasto, jedną sałatkę i nic poza tym. I też było dobrze. Z każdym kolejnym rokiem udaje się więcej - maluchy stały się bowiem nastolatkami i teraz na zmianę pieczemy, sprzątamy i zajmujemy się najmłodszym. Normalna kolej rzeczy, warto o tym pamiętać. W tym roku też nie zrobiliśmy wszystkiego, co było w planie. A i tak wszystkiego nam zostało.U nas jest teraz czworo ludzi do roboty plus jedno niemowlę do opiekowania:).

Nie zawsze tak było. Przy małych jeszcze starszakach bywały święta obliczone wyłącznie na wyjścia do Rodziców. Bywały z kupnymi przecenionymi babami drożdżowymi w Auchanie w Wielką Sobotę dorwanymi. Albo z makowcami nabytymi w Wigilię rano za pół ceny tamże. Chyba najlepiej je wspominam. Bo dałam się przekonać, że liczy się tylko to, co uznamy za najważniejsze.

A uznajemy świąteczną atmosferę, na którą składa się: przeżywanie świąt religijnie, radośnie, rodzinnie i bez denerwowania się na siebie, że ktoś czegoś przez kogoś nie zdążył. Skutek? Proszę bardzo: mimo podwójnego menu - luz. Pieczemy i gotujemy wg zasady: najpierw bezgluteny (bo ich nie da się kupić), potem reszta. W takim bezstresie i bezzmęczeniu oraz przy braku wzajemnych pretensji da się zrobić o wiele więcej. A przynajmniej takie powstaje złudzenie.

I jeszcze kilka obiecanych przy przepisach fotek dla Czytelników korzystających z przepisów bezglutenowych, bezmlecznych, bezkurzojajecznych:) - nam tak wyszło, a Wam?


Baba drożdżowa bez glutenu na przepiórczych jajeczkach

Sernik wiedeński - kozi ser i przepiórcze jajeczka

Mazurek - jest z kajmakiem, bo alergia na mleko powoli mija:)


czwartek, 17 kwietnia 2014

Wielki Czwartek

...z cyklu "Uroda życia"


Kochani moi Czytelnicy!

 

Od lat w Wielki Czwartek zaczynam wielkanocne świętowanie.


Praca pracą, przygotowania przygotowaniami, ale wieczorne uroczystości Triduum Paschalnego naprawdę dają poczucie, że już Święta. Są mi koniecznie potrzebne do tego, aby Niedzielny Poranek wraz wielkanocnym śniadaniem naprawdę cieszył po sześciu tygodniach Wielkiego Postu.


Pozostawiam dziś dla Was serdeczne życzenia szczęśliwych, kojących, wartych pamięci, przeżytych w zgodzie ze światem i z sobą samym, pełnych życia i miłości 
Świąt Wielkanocnych!

Do zobaczenia!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Bezglutenowa Wielkanoc

...z cyklu "Gotuję sobie"

 

Dziecię mnie poratowało i fotkę bardziej adekwatną mailem przysłało:)


Wielkanoc bezglutenowa, bezmleczna i bez kurzych jajek. Jak to możliwe? Całkiem normalnie: zamiast zwykłej mąki biorę bezglutenową mieszankę chlebową Schaar, zamiast mleka krowiego napój ryżowy, zamiast krowiego twarogu owczy do sałatek i kozi (wyjątkowo, bo też uczula, choć mniej od krowiego) do sernika, zamiast jajek kurzych - przepiórcze.


Prawda, że podczas pieczenia trzeba trochę bardziej uważać, ale z tą mąką udaje mi się. Ograniczenie jest takie, że do mazurka nie mogę użyć kajmaku. No to robię owocowy i polewam gorzką czekoladą rozpuszczoną z połową łyżki oleju na tabliczkę. Zużywam dwie tabliczki, więc roztapiam je z dodatkiem całej łyżki oleju - to ważne, bo kiedy poleje się mazurek czekoladą bez dodatku oleju, ona zastygnie na całkiem twardo i nie bardzo da się ciasto pokroić. Zanim stwardnieje, sypię migdały albo włoskie orzechy, rodzynki, czy co tam kto lubi:)

Moje Wielkanocne Śniadanie wygląda więc tak:

Jajka na twardo z chrzanem i solą
Absolutny smak dzieciństwa, kiedy kroiło się jajka na kawałki, posypywało solą i młodym, świeżo wykopanym tartym chrzanem. Do tego kawałek chleba i już. Obowiązek kopania chrzanu na działce, a później tarcia go na balkonie spoczywał na Tacie. Który zresztą robi to do dziś. Jest pysznie. A jak prosto!

Żurek z jajkiem i z białą kiełbasą
Powiem krótko: czasowo i emocjonalnie nie stać mnie na domowe gotowanie żurku, więc korzystam z gotowca instant, który tylko w ostatniej chwili zalewam wrzątkiem i mieszam. Wiem, że w tej chwili niektórym włos się ze zgrozy zjeżył na głowie, ale trudno. Cenię sobie tę możliwość oszczędzenia czasu i nerwów, bo przygotowanie dietetycznych świąt równolegle do zwykłych zabiera drugie tyle, a może i więcej, czasu. W żurku nie ma glutaminianu, konserwantów i glutenu pszennego. Jest mąka żytnia, ale ją akceptujemy. Białą kiełbaskę (trzeba uważnie wybrać taką bez soi i bez skrobi pszennej, która często w niej bywa) piekę dzień wcześniej w cebulce, potem kroję w plasterki i po kilka układam na talerzu wraz z połówką jajka, po czym zalewam chochlą żurku. Koniec.

Awanturka "Wyjątek"
Owczy twarożek rozdrabniam, dosypuję siekanego szczypiorku, kilka rzodkiewek pokrojonych w plasterki i zalewam naturalnym kozim jogurtem. I już. Zero soli, zero jakichkolwiek innych przypraw. Jest świeżo, wiosennie i baaardzo smacznie. To mój wyjątek od reguły niekupowania nowalijek. Wielkanoc jest bowiem moją prywatną inauguracją wiosny w kuchni. Potem już czekamy na szczypior i rzodkiewki z ziemi i ze słońca.

Szynka w galarecie
Kupuję krojoną maszynowo piękną pieczoną szynkę z tłuszczykiem (znów uwaga na gluten i soję - szynka musi być naprawdę dobra), kawałek dobrego pieczonego pasztetu (kolejny raz trzeba szukać bezglutenowego), tarty chrzan, tarte jabłko, majonez (my możemy go jeść, bo mamy uczulenie na kurze białko, zaś żółtko nam pasuje - jeśli nie możecie żółtka, ukręćcie majonez przy użyciu żółtek przepiórczych albo zastąpcie go naturalnym kozim jogurtem z odrobiną oliwy), opcjonalnie żurawinę suszoną czy co tam kto chce. Ten pasztet miksuję z chrzanem, jabłkiem, majonezem, następnie dosypuję dodatki (opcjonalnie, w tym roku raczej nie) i mieszam. Nie dodaję przypraw, ponieważ i pasztet, i majonez są przyprawione. Taką pastą smaruję szczodrze plastry szynki i zawijam. Układam sobie na lekko wgłębionym półmisku i zalewam zachomikowanym wcześniej rosołem (mój aktualnie w zamrażalniku) z rozpuszczoną wg przepisu żelatyną. Leję płyn delikatnie, powoli i kilkoma warstwami, inaczej nie da się szynki przykryć, bo wypłynie i będzie wysychać. Jak mi się chce, obgotowuję groszek mrożony (ale tylko tyle, by nie stracił swej intensywnej barwy), a jak mi się nie chce, biorę taki z puszki, chociaż nie jest taki ładny - i obsypuję galaretę. Tak samo robię z konserwową kukurydzą i z natką pietruszki lub szczypiorkiem. Jest ładniej.

Sałatka z jajkiem
24 jajeczka przepiórcze (krojone na pół) albo 6 kurzych
malutka puszka konserwowego groszku
słoiczek pieczarek marynowanych
łycha świeżego siekanego koperku (co tam! niech będzie "sztuczny", jest Wielkanoc:)
majonezu - ile kto lubi
troszkę musztardy dla ostrości
To mieszam delikatnie i układam porcjami na liściach sałaty
Resztę zostawiam w misce na resztę świąt.

W zasadzie tu bym zakończyła menu śniadaniowe tworzone wg przepisu. Oprócz tych potraw na stole pojawi się zwyczajna szynka w plastrach, chleb, sam majonez do jajek, krem chrzanowy (chrzan, tarte jabłka, majonez), ćwikła z chrzanem (kupna:). Na deser babka i mazurek. Więcej nie jesteśmy w stanie zjeść. A przecież już za chwilę świąteczny obiad u Rodziców:)

Potrawy z Wielkanocnego Śniadania zawsze nam zostają, więc z "przepisowych" dorobię jeszcze tylko jedną sałatkę, którą wymyśliłam ad hoc, tworząc listę zakupów dla Męża, jak zwykle upiekę kurze udka, schab i ciasta. Przepisy na pieczone mięso były przy okazji Bożego Narodzenia, więc dziś dorzucę tylko tę sałatkę i ciasta.

Sałatka wymyślona w tym roku:)
mała paczka makaronu w kulkach (albo innego bezglutenowego)
kostka żółtego sera krojonego w kosteczkę:)
kilka korniszonków krojonych w kosteczkę również
suszone pomidory siekane na malutkie kawałki
majonez
Wszystko mieszam i mam.

A teraz ciasta:


Sernik wiedeński

Kostkę margaryny bezmlecznej ucieram (przy pomocy misy, pałki i Męża) z dwiema szklankami cukru pudru i z torebką cukru waniliowego. Podczas ucierania dorzucam po jednym (to już naprawdę ja:) 40 żółtek przepiórczych (albo 10 kurzych). Tak naprawdę to wpierw mniej więcej oddzielam je do osobnego naczynia, ponieważ wbicie samego żółtka z przepiórczego jajeczka graniczy z cudem i trzeba tę operację przeprowadzić ostrożnie wcześniej, a potem nabierać je łyżką i podawać do misy. W kilku częściach podaję do misy kilogram twarogu mielonego (można kupić gotowy kozi - drogi, ale doskonały). Potem sieję przez sito dwie kopiaste łyżki bezglutenowej mieszanki Schaar (w wersji glutenowej powinna być krupczatka) i jeden budyń waniliowy (istnieją wersje bez glutenu, tylko drogie). Na koniec dodaję pianę ubitą z białek i delikatnie mieszam. Dosypuję trochę skórki pomarańczowej i rodzynek - koniecznie, to ma być "full wypas". Tortownicę smaruję tłuszczem, wysypuję bezglutenową tartą bułką i już. Jeśli chodzi o tę bułkę, to sama ją ucieram z odpowiedniego pieczywa, ponieważ w sklepach jest dostępna wyłącznie bułka z całym jajkiem w składzie, a ja muszę mieć bez kurzych białek. Piekarnik na 180 stopni i godzina dwadzieścia pieczenia. To znaczy 80 minut. Wierzch ma się zrumienić, a brzegi lekko odstawać od blachy. A jak się już upiecze, podajemy, jak chcemy, na przykład polany gorącą czekoladą. Lub z bitą śmietaną - jeśli ktoś może jeść krowie mleko.

Mazurek
Niecałe pół kostki bezmlecznej margaryny ucieram z dwiema łyżkami cukru przez około 10 minut. Dodaję szklankę chlebowej mieszanki bezglutenowej Schaar (lub mąki pszennej) i chwilę wyrabiam. Potem wlewam 1/5 szklanki napoju ryżowego (lub mleka krowiego) i wyrabiam, aż mleko zniknie. Rozkładam na natłuszczoną i wysypaną tartą bułką blaszkę rozwałkowany placek (tak naprawdę to rozgniatam go własną pięścią już na blasze) i piekę w 200 stopniach jakieś 20 - 30 minut, ale pilnuję, by się nie spaliło. Wyjmuję i studzę. Na wystudzony spód wykładam pokrojone w kostkę i porządnie osączone brzoskwinie z puszki (lub podgrzany kajmak z puszki - dla zjadaczy mleka). Na to rozpuszczona w oleju gorzka czekolada (pół łyżki oleju na jedną tabliczkę), sypię płatkami migdałów lub siekanymi włoskimi orzechami (dla uczulonych na migdały) i skórką pomarańczową. Gotowe.
Nawiasem: zwykle mazurki mają spody, które się kruszą i czasem z tego powodu trudno je ładnie podać, bo rozpadają się przy wyjmowaniu z blachy. Ten nie. To zasługa tej odrobiny mleka w cieście.

Babka drożdżowa z bakaliami
3 szklanki bezglutenowej mieszanki chlebowej Schaar lub mąki pszennej
pół szklanki cukru pudru
6 deko drożdży
40 przepiórczych żółtek (oddzielonych jak w serniku wiedeńskim) lub 10 kurzych
pół kostki bezmlecznej margaryny
szklanka napoju ryżowego lub mleka krowiego
szczypta soli
20 deko rodzynek
trochę pomarańczowej skórki

Najpierw przesiewam mąkę (wiem, pracochłonne, ale baba wielkanocna nie może się nie udać, a bezgluten jest szczególnie trudny, więc warto:) i ustawiam w ciepełku (np. na kaloryferze). Podgrzewam lekko napój ryżowy lub mleko i dodaję do niego pokruszone drożdże, po łyżce mąki i cukru pudru, po czym mieszam i odstawiam w ciepłe miejsce, aby wyrosły. Rozpuszczam margarynę i odstawiam do stygnięcia - w momencie użycia musi być letnia. W tym czasie mikserem ubijam sobie żółtka z resztką cukru pudru i razem z wyrośniętymi drożdżami dodaję do wygrzanej mąki. Wszystko lekko wyrabiam. Wszystko musi się dobrze połączyć, stać się jednolitą masą, a w środku mają się pojawić pęcherzyki powietrza. Wtedy dodaję tę szczyptę soli i letnią margarynę, którą przygotowałam wcześniej - tak naprawdę dodaje ją mój Mąż, bowiem ja mam obie ręce w cieście:). Znów wyrabiam - dobrze ponad pięć minut. Na koniec wsypuję rodzynki i skórkę pomarańczową, mieszam i odstawiam do wyrośnięcia. Jak ciasta zrobi się dwa razy tyle, przekładam je do wielkiej, wysmarowanej tłuszczem (i niczym niewysypanej) foremki z dziurą w środku. Wtedy ono sobie opada, ale to nic, bo znów czekam, aż wypełni foremkę. Teraz odpalam piekarnik, ustawiam go na 180 stopni. Gdy się nagrzeje, a babka urośnie, baaaaaaaaardzo delikatnie wkładam ją do środka i w tym momencie przestaję oddychać, o chodzeniu po kuchni i powodowaniu wstrząsów nawet nie wspominając. Tak przez godzinę. Powinna się zrumienić i lekko odstawać od blaszki. Wtedy uchylam drzwiczki piecyka i czekam, aż przestanie być gorąca, a stanie się tylko ciepła, abym mogła ją wyjąć. Ciepłą wyjmuję i czekam, aż całkiem ostygnie i dopiero zimną wyjmuję z foremki. Wywracam do góry dnem i dekoruję, jak chcę. Na przykład lukrem (w moim wykonaniu jest to cukier puder utarty z sokiem cytrynowym). Można też na mokry lukier sypnąć ozdób, aby było ładniej i "bogaciej":)
Nawiasem: nie ma się co oszukiwać, baba drożdżowa w wersji bez glutenu nie będzie taka puszysta jak ze zwykłej mąki. Jednak to wcale nie oznacza, że należy z niej rezygnować. Święta są dla wszystkich i wszyscy powinni móc korzystać z ich uroków, nawet jeśli domorośli piekarze (w tej liczbie ja:) mają trochę trudniej. Więc smacznego!

Kochani, nie zamieszczę w tym wpisie żadnych zdjęć. One pojawią się po świętach, kiedy przedstawione tu przepisy wykonam. Nie posiadam żadnych fotek w archiwum, ponieważ ani w zeszłym roku, ani w latach poprzednich blog ten nie istniał, więc nie było powodu, aby potrawy na zdjęciach uwieczniać.

Idą święta! Ale póki co, trwa Wielki Tydzień - ostatni tydzień Wielkiego Postu - i na razie pozostaje mi pomarzyć o niedzielnym poranku, kiedy się obudzę i niczego już nie będę musiała, ponieważ wszystko będzie zrobione. Pójdziemy do kościoła, a potem uroczyście przystąpimy do zjadania powyższych dóbr:) - czego i Wam życzę! Udanych wypieków!

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Niedziela

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Niedziela też była deszczowa i chłodna kochana przyroda nie utrudniała mi życia tak bardzo, jak przy słonecznej pogodzie.

 


Stanęłam więc sobie ofiarnie w mokrej trawce w mych wiekowych balerinach, ale co tam! Zaraz wejdę do domku i pozbędę się mokrawych grubaśnych rajstop, co je ledwo widać spod równie grubych wełnianych spodni, które wkładam co prawda rzadko, za to przy takich okazjach, kiedy bez nich naprawdę trudno by mi się było obejść. Spodnie są z Vero Mody, z soldów oczywiście, za około 70 - 80 złotych. O ile dobrze pamiętam, mają 6 lat. Rajstopy to zeszłoroczny nabytek - hipermarketowe letnie opróżnianie magazynów skutkuje wyprzedawaniem zimowych rajstop z Woli po 3 złote. No grzech nie kupić, nawet jeśli miałyby wytrzymać tylko kilka założeń. Przecież cienkie rajstopy są o wiele droższe i więcej niż trzech noszeń raczej nie przetrwają. A więc przygarnęłam i mam. A czemu na wiosnę do balerin? A bo dla mnie 10 stopni bez słońca to "trochę" za mało, aby do odkrytych butów zakładać cieniutkie rajstopki. I tyle. O torbie i butach było ostatnio, więc dziś już nie będzie. Cześć:)

sobota, 12 kwietnia 2014

Ciągle pada...

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


To znaczy, jeszcze w czwartek padało. Dlatego uroczyście udałam się na zakupy z dziecięciem, mężem i sklepowym wózkiem. Nie poszłam na spacer, co to, to nie. Bez przesady, na rozpustę włóczenia się po świeżym powietrzu będę sobie mogła pozwolić najwcześniej późnym latem. Ale i tak było super:)


Żenujące, prawda? Ekscytować się wyściubieniem nosa z domu raz na parę dni. Trudno - się mówi i żyje się dalej.

Dobra, to na szybko, bo jutro prawdopodobnie znów zrobię sobie jakieś fotki, więc aby nie mieć zaległości:


Najcieplej w ten czwartek nie było, stąd "słynne" na cały blog:)) kozaki. Do tego równie "słynna" torba plus całkiem niezłe dżinsy (Big Stary za 150 z przeceny). I to by było wszystko w temacie "noszę drogie (jak dla kogo:) rzeczy". Choć kurteczka, jak na moje standardy, też najtańsza nie była (jedyne siedem dyszek w makro). Za to obnoszony tu po wielokroć golf z Vogele za niecałe dwie po przecenie - bardzo ciepły i mięciutki, jakby kto pytał:).

piątek, 11 kwietnia 2014

Miłość jest najważniejsza

...z cyklu "Dyrdymałki"

 
Odgrzebuję stare fotki - coś mi się zepsuło i nie mogę zgrać zdjęć z telefonu:)

 

Wiele się dziś pisze i mówi o pogłębiającym się problemie rozpadających się małżeństw, a także o niechęci ludzi do ich zawierania przy jednoczesnym wskazywaniu przez tych samych ludzi na rodzinę jako wartość najważniejszą w życiu.



Utyskiwaniom tym towarzyszą komentarze różnej maści moralizatorów wskazujące na degradację wartości i odchodzenie od tradycyjnego modelu rodziny  jako na główne przyczyny tego stanu rzeczy. Ponadto nader często, choć niekoniecznie według mnie adekwatnie - przywołuje się tradycję i dawne czasy, podając je za wzór cnót wszelakich. Osobiście uważam, że nic bardziej mylnego.

Warto bowiem pamiętać, że dawne, "tradycyjne", kojarzone przez postronnych związki, które były "na całe życie", często stanowiły jedynie fikcję, a kobiety (jeszcze nasze babcie, starsze ciotki - pamiętam) pytane przez "naiwne" młode panny (jak ja kiedyś) o miłość, odpowiadały z pobłażliwym uśmiechem, że to nie jest najważniejsze, że ważne, aby mąż był dobry, to znaczy nie bił, nie pił i zarabiał. To im dawało poczucie bezpieczeństwa i zdawały się niczego więcej nie oczekiwać.

Nie wiem, ile taka na przykład XIX-wieczna literatura ma wspólnego z rzeczywistością, ale wiele w niej przykładów mężów na prawo i lewo zdradzających swoje narajone przez rozsądnych swatów żony, a także żon przymykających oko na te ich "miłosne" podboje. Bo małżeństwo jest na całe życie, bo "chłop taki już jest z natury i się tego nie zmieni", a wreszcie - bo to wstyd się przyznać, ponieważ jeśli zdradza, to widać żona nie jest wystarczająco dobra. No a w ogóle to "w naszej rodzinie nigdy nie było rozwodów".

Według mnie to właśnie były główne powody owej mitycznej trwałości małżeństw w dawnych czasach. Bliskością i czułością mało kto zawracał sobie głowę, nie mówiąc o okazywaniu jej na zewnątrz. Był "pan mąż" i "pani żona", a dla dzieci "pani matka". Trwałość ta oparta była wyłącznie na dystansie, wręcz obcości - zakładanej jeszcze przed zawarciem aranżowanego z powodów społecznych związku.

Oczywiście, jak wszędzie, zdarzały się wyjątki, tzn. miłość, przyjaźń i wzajemne oddanie. Jednak tylko wyjątki. Zwykle sukcesem już było, gdy małżonkowie darzyli się wzajemnie szacunkiem i gdy nie trwali w zakłamaniu.

Dziś jednak ludzie chcą czegoś więcej, a to "więcej" jest niezwykle trudne do osiągnięcia i wymaga ogromnej ilości dobrej woli, uczciwości - wypływających z autentycznej miłości. Właśnie dlatego będę się jednak upierać, że w życiu miłość jest najważniejsza. I ludzie to wiedzą. Szkoda tylko, że wciąż mylą ją z "zakochaniem", euforią wywołaną "gromem z jasnego nieba", "pierwszym wejrzeniem", które trwa tylko chwilę, albo widzeniem się nawzajem przez różowe okulary. Przy takim podejściu łatwo jest sobie wytłumaczyć każdy "wybór" - rozwód, separację. Bo "już jej/jego nie kocham", bo "uczucie wygasło", bo "po co żyć w obłudzie". Ale w jakiej obłudzie? Że motyle w brzuchu umarły? Że wróciło realne widzenie? I co?

Niedawno słyszałam w telewizji znamienne zdanie wypowiedziane przez jedną z protestujących w Sejmie matek niepełnosprawnych dzieci. Opuszczona przez męża kobieta, zapytana przez dziennikarza, czy może przyczyną odejścia ojca dziecka nie jest brak zainteresowania żony mężem i całkowita koncentracja na chorym dziecku, odpowiedziała: Być może. Tylko że czas po ślubie nie jest już czasem wyborów. Tym bardziej czas po narodzeniu dziecka. Niepełnosprawnego dziecka. Ja dodam, że to jest czas na życie. Normalne życie. Czasem trudne, czasem złe. I czas na tego co złe naprawianie. Po zimie przychodzi wiosna, a z nią i motyle w brzuchu. I słońce, i różowe okulary. Warto się starać. Bo dziecko nie wybierało. Ono tę sytuację zastało. Gdy ono jest, my już do wyborów nie mamy prawa. Jeśli tylko da się coś naprawić.

Jeśli. Ponieważ wiem i pamiętam o sytuacjach dramatycznych, kiedy nie można ratować małżeństwa, ponieważ należy ratować i dziecko, i siebie. O sytuacjach "albo-albo". I tak bywa. Ale właśnie dlatego dobrze jest doceniać miłość, którą się posiada. Nawet jeśli nam się wydaje, że zblakła.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wreszcie pada

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Większość ludzi znajduje więcej powodów wyjścia z domu, gdy nie pada. Ja odwrotnie. Deszcz daje chwilę wytchnienia od fruwających w powietrzu pyłków roślin. Tylko chwilę, bo one całkiem nie znikają, ale zawsze lepsze coś, niż nic.


Dziś czwartek. Niby nic odkrywczego, chyba że ostatnio wychodziło się z domu w niedzielę. Wtedy jeszcze nie padało, za to wiało. No i tak to wyglądało:


Niby było dość ciepło, ale w kościelnych murach już wcale nie tak bardzo, więc się pod cienką kurtką w gruby sweter wystroiłam. Ten szalik to tak bardziej dla koloru, żeby za blado nie było. No i z pantoflami na obcasach zaszalałam, ale to do uwierzenia na słowo, bo nie bardzo się na zdjęcie załapały.

kurtka - jakiś no name z makro za 70 zł - 11 lat
golf - no name z lokalnego prywatnego sklepiku za 90 zł - 9 lat
spodnie - Orsay za chyba 60 lub 70 zł (dokładnie nie pamiętam, sorry) - chyba 7 lat
szal - Tatuum za 50 zł - jakieś 7 lat
buty - no name ale bardzo bardzo:) za około 150 zł lub za ciut więcej - 6 lat
torba - Nine West za 159 zł (połowa ceny) - 6 lat (jak dla mnie - badziew nie marka, bo paski już obłażą; uważam, że bez przesady

No to się "pochwaliłam", prawda?
Bo tak w zasadzie to do wymiany byłyby buty i torba, chyba że okręcę paski jakimś ozdobnym grubym sznurkiem i jeszcze ponoszę. W sumie to tak, tak zrobię. Nie chodzę jeszcze do pracy, więc obleci. A jak mi się nie uda, to żadna strata - i tak byłaby do wyrzucenia.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jak nauczyć dziecko pokojowego współistnienia z ludźmi?


...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

  Prośba Fundacji ABC XXI "Cała Polska czyta dzieciom"

  https://pit-format-online.pl/

 

"Pokojowość to unikanie przemocy; to postawa człowieka, który zawsze poszukuje rozwiązań uwzględniających interesy wszystkich zainteresowanych stron oraz dobro ogólne."

Tyle na temat pokojowości książka Ireny Koźmińskiej i Elżbiety Olszewskiej Z dzieckiem w świat wartości. Poświęcono jej tam cały rozdział, w którym oprócz wiedzy teoretycznej znaleźć można wiele praktycznych wskazówek oraz ćwiczeń do wykorzystania i w domu, i w szkole czy przedszkolu.


Ale jak wytłumaczyć dzieciom, że pokojowość nie oznacza wcale przyjmowania poglądów innych nawet wtedy, gdy się z nimi nie zgadzamy? Że chodzi raczej o brak agresji, o konstruktywną umiejętność dyskusji, o budowanie postaw szacunku wobec dzielących nas różnic, o wypracowanie szacunku wobec prawa innych do różnienia się od nas w poglądach, wyborach, gustach?


Czy to w ogóle możliwe?


No i przydałby się tu już naprawdę "konkretny konkret" – pomysł na początek rozmowy, sposób na przekonanie jakiegoś prawdziwego chłopca lub dziewczynki, z której niepokojowym zachowaniem mamy problem. 


Z doświadczenia wiem, że samo mówienie o szacunku bywa zbyt abstrakcyjne, że często należy konkretnie dzieciakom wytłumaczyć, czym jest pokojowość, bo one potrafią np. zarzucić, że my od nich wymagamy, aby nie miały swego zdania, bo tylko taka postawa gwarantuje zgodne funkcjonowanie w grupie. 


Tymczasem tak nie jest - pokojowość wcale na tym nie polega. Warto mieć swoje poglądy, nawet całkiem odmienne od innych, i warto ich nawet bronić - pokojowo. Czyli jak? I to jest już konkretne pytanie do rozmowy z dzieciakami. Albo sytuacja w grupie, która musi funkcjonować razem, a składa się z osób o skrajnie odmiennych zapatrywaniach na różne sprawy - pokojowość może tu polegać na tym, że te różne zapatrywania mogą obok siebie istnieć, podobnie jak mogą się kolegować osoby je posiadające. Po prostu akceptując fakt, że ktoś inny myśli inaczej na jakiś temat, ja myślę inaczej, ale to nam nie uniemożliwia wspólnej realizacji na przykład zadania domowego, grania w jednej drużynie na wuefie itp. 


Pokojowość to może być neutralne współistnienie w jednej klasie, w drużynie, w grupie na podwórku z osobami, których nie lubimy. Bo nie musimy lubić wszystkich, choć warto szukać w ludziach fajnych cech, które polubić można. Ale nie ma takiego obowiązku. 


Natomiast jest obowiązek pokojowego współistnienia mimo nielubienia kogoś. Wydaje mi się, że takie dokładne wytłumaczenie dzieciakom, o co z tą pokojowością chodzi, to jest pierwszy krok do postawienia im wymogu właściwych zachowań bez narażenia się na zarzut, że się im każe lubić kogoś, kogo w ich odczuciu lubić się nie da. Albo że się im zabrania mieć swoje zdanie i go bronić. 


Słowem - nie musisz kogoś lubić, jeśli nie wzbudza twojej sympatii, ale masz obowiązek zachować pokojową postawę mimo różnic. I ja jako rodzic spokojnie ci na własnym przykładzie pokazuję, jak to się w praktyce robi. Jest konflikt, jest dyskusja, nie niweluję różnic, tylko szukam tego, co łączy - a to może być wspólny cel, mieszkanie w jednej klatce itp. To jest to pierwsze minimum. Potem można myśleć, co dalej. I to jest proces. To się nie "zadzieje" w czasie jednej rozmowy. Ani – w wersji „belferskiej” - na jednej wychowawczej.

piątek, 4 kwietnia 2014

Wegetariańska zapiekanka z kaszy gryczanej i jęczmiennej

...z cyklu "Gotuję sobie"

 


Tydzień temu popełniłam takie danie - w wersji z glutenem i bez. Alergia na pomidory jest już tylko wspomnieniem, z glutenem jeszcze ostrożnie, więc dwie wersje.


Nie napiszę, że to z resztek, bo i cztery torebki kaszy, i dwie puszki pomidorów, i opakowanie owczego sera, i torebka mrożonego kalafiora. Dla czterech osób. Plus przyprawy: sól, ziołowy pieprz, słodka papryka w proszku oraz granulowany czosnek. 

Dlaczego pieprz ziołowy, a nie naturalny? Bo to mieszanka nadająca ostrość jednocześnie ze smakiem różnych innych przypraw - naturalny daje tylko ostrość. Czemu czosnek granulowany zamiast ząbka? Ponieważ mdli mnie przy krojeniu ząbka. I już. 

Moje gotowanie ma być i slow, i nice, przy czym slow znaczy "na luzie" - niekoniecznie z wyhodowanych na własnym polu warzyw nawożonych własnych zwierząt... nawozem, ręcznie zbieranych i na piecu opalanym drewnem własnoręcznie we własnym lesie ściętym i na własnym podwórku porąbanym:) Takie "własne" do gotowania podejście na pewno nie jest dla mnie, więc i puszka, i mrożonka, i czosnek w proszku:) - byle odpowiedniej jakości. Wtedy gotowanie jest "nice", a życie bardziej "slow". Czyli wszystko się zgadza:)

Jak pomidory konserwowe, to bez konserwantów, dojrzałe w słońcu, zbierane i puszkowane w lecie i na miejscu, przy zachowaniu zasady, że świeżych pomidorów jest o wiele więcej niż zawartości puszki. Jak mrożonka (mrożenie jest lepszym od pasteryzacji sposobem przechowywania warzyw i owoców), to tylko warzywa, same, solo, czyli bez przypraw, bo w gotowych mieszankach przyprawowych dodawanych do produktów typu "warzywa na patelnię" potrafią siedzieć cuda. To już lepszy mój czosnek w proszku. Przynajmniej sam jeden jest:).

Nawiasem, nie wiem, kto dostarcza mrożonki do dyskontów, ale przekonałam się, że zawartość torebek jest w nich w o wiele lepszym stanie, niż podobna zawartość sprzedawana pod marką w hipermarketach.

O co chodzi? Ano zasada jest taka, że torebka z mrożonką nie może zawierać żadnych grudek lodu, nawet najmniejszych kryształków, natomiast warzywa muszą "chrobotać", czyli nie mogą być posklejane. W przeciwnym wypadku oznacza to, że albo gdzieś po drodze produkt miał zbyt wysoką temperaturę, albo nie był odpowiednio szybko zamrożony w zakładzie produkcyjnym. W obu wypadkach lepiej go nie jeść.

Tymczasem warzywa mrożone kupowane w dyskontach jeszcze ani razu nie były w takim posklejanym stanie, zawsze były sypkie, nigdy nie widziałam żadnego lodu ani nawet szronu tuż po wyjęciu z zamrażalnika. Zresztą przed włożeniem mrożonki do wózka sprawdzam, czy zawartość jest sypka, czy posklejana, a także czy nie wyczuwa się pod palcami lodu. Mam chyba szczęście, bo jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło w dyskoncie, w przeciwieństwie do markowych produktów w hipermarkecie, które prawie zawsze odkładam z tego właśnie powodu - czasem będąc w jednym sklepie, nie chcę przenosić się do drugiego po jedną rzecz i próbuję ją kupić "pod marką" - zwykle bezskutecznie.

Nie wiem, z czego to wynika. Ktoś wie? Może to kwestia rygorystycznej kontroli koncernów będących właścicielami dyskontów? Wielkie marki produkują dla różnych "stonek" itp. i być może, pilnowane, więcej wagi przykładają do jakości, bojąc się stracić spory kontrakt. Być może. W każdym razie za o połowę mniejsze pieniądze dostaję o połowę większą wagę produktu (polskiego, nie z wyzysku) w dwa razy lepszej jakości. I tak naprawdę tylko to mnie interesuje.

Ale, ale! Miałam kaszę gotować:)

Najpierw wstawiam wodę na kalafior, który musi zdążyć się zblanszować i ostygnąć na durszlaku, aby nie parzył mi palców przy wtykaniu go w kaszę:)

Wrzucam go na osoloną wodę, czekam, aż wypłynie na wierzch i trzymam jakieś cztery minuty.

W tym czasie wstawiam w dwóch garnkach wodę na kaszę i wyciągam ją sobie z szafki.

Na gotującą i osoloną wrzucam dwie torebki gryczanej...

...i dwie torebki jęczmiennej.

Kalafior akurat zdążył się zblanszować, więc delikatnie łyżką cedzakową wyjęłam go na durszlak - ma ocieknąć i ostygnąć.

Kasza po dwudziestu minutach wchłonęła prawie całą wodę, więc odcedzanie było łatwe. Chwila na przestudzenie, by nie parzyć palców.

Gryczana do jednego, jęczmienna do drugiego naczynia.

Przelewam olejem rzepakowym, aby się nie skleiła. No i chodzi o jego żywieniowe zalety.

Szykuję dwie puszki pomidorów krojonych - dojrzewały w słońcu, nie w hangarze pod wpływem chemii.

O właśnie! Jeśli zawartość puszki nie wzbudza moich podejrzeń (wpierw wącham), wykładam na kaszę.

Kasza i kalafior gotowały się w osolonej wodzie, więc teraz tylko czosnek, pieprz ziołowy i słodka papryka.

Całkiem sporo sobie daję przypraw, ale co kto lubi:)

Czas na różyczki kalafiora - przyznacie, że są w porządku? Niektóre już porozdzielałam, inne pokroję za chwilę, bo nie chcę takich wielkich kawałków w zapiekance.

Przed mieszaniem - za chwilę nie będzie już tak ładnie.

Na wierzch tym razem pokruszę kostkę owczego sera. Niektórym się to nie bardzo spodoba, ale trudno - kto gotuje, ten ma władzę:)

Tak przygotowane zapiekanki poczekają, aż nadejdzie pora obiadu, aby wylądować w piekarniku - zimnym, ustawionym na 200 stopni - i zapiekać się przez godzinę.

Ta z kaszą gryczaną wygląda po upieczeniu tak.

Nigdy nie udaje mi się w efektowny sposób ułożyć zapiekanki na talerzu. Muszę spróbować metody mądrzejszych ode mnie - robić zdjęcia podczas podnoszenia, kiedy kawałek jest jeszcze na łopatce i dodatkowo widać całą potrawę.

Tu zapiekanka jęczmienna.

Sytuacja podobna jak przy gryczanej - niezbyt efektowny widok na talerzu. Marna ze mnie stylistka:(