wtorek, 27 maja 2014

Groch z kapustą. Roczek. Nie-beza:). Prezenty. Książki. Pierwsze buty

...z cyklu "Uroda życia"

 

To już rok. Zwykle się mówi, że nie wiedzieć kiedy zleciało... i takie tam. Ja tam wiem bardzo dobrze, jak to wszystko leciało i po tym roku czuję wielką ulgę, że minął, chociaż był wspaniały.


Taka sobie sprzeczność, kto dzieci ma, wie, o czym mowa:). Chociaż moje naprawdę mało absorbujące, bo i w kojcu leżące, i w nocy śpiące, i bez problemów się rozwijające. Ale jednak. Trzeci raz przerabiamy i zdania nie zmieniamy, że pierwszy rok lekki nie jest. Choć cudowny. Tak.

A jak rok, to prezenty, to uroczystość, to "kreacja" na nią.

Kreacja Nie-beza, co się zowie:) - et voilà:



Niebezowo, bo bezowo jest a) drogo,  b) nie w naszym guście i c) jednorazowo, co w połączeniu z a) kompletnie bez sensu.
Miało być w krótkim rękawku, ale był to pierwszy dzień po tym strasznym zimnie, więc jeszcze się dokupiło body białe z lamówką w kolorze, który się idealnie zgrał z kwiatuszkiem na czapeczce, więc... Ale to przypadkiem, bo całkiem białego body nie dało się kupić dzień przed.
A "sukienka" to tak naprawdę bluzeczka w sporo większym rozmiarze za parę złotych, która wydała mi się idealna do roli prostej kreacji roczkowej, delikatnie tylko ozdobionej kokardką.
Szczerze, to bluzką taką bym dziecka nie uszczęśliwiała, ale jeśli w roli odświętnej sukienki, to całkiem co innego. Według mnie.
To tego porządne rajstopki, dobre buciki, czapeczka w miarę ciepła, ale i przewiewna i za dyszkę, a jej forma po prostu mnie urzekła, zaś Dziecię wyglądało przepięknie. No bo jakże by inaczej, prawda?

Podstawa każdej kreacji - buty

Kupno dobrych pierwszych butów nie jest łatwe

Muszą spełniać wiele warunków - taka podeszwa to rzadkość, a powinna być. Plus ochrona kostki, plus regulacja podbicia, plus nieśliskie wnętrze, plus ochrona paluszków. Ostatniego warunku w komplecie z trzema pierwszymi nie udało się spełnić. Nawet w najdroższych modelach. Więc stanęło na tańszym - niecałe sześć dyszek

Przed użyciem zapoznaj się z ulotką lub zapytaj farmaceutę:)

 Prezenty - raczej książkowo - dla mnie super!
Wiadomo, że z prezentami na Roczek jest jak z tymi na chrzciny i na komunię, ale dziecko cieszy się z bardziej konkretnych konkretów. Na przykład z takich:


Pierwszy prezent składkowy od starszego rodzeństwa. Bezcenne. I wzruszające. Moje Starszaki...

Klimat tych dwóch stron to jest klimat książek mojego dzieciństwa





Tu urzeka mnie realizm. Bałagan znaczy. I ten telewizor ze skrzynką


To uwielbiam głośno czytać. Wielkie pole do popisu

Dobra książka potrafi smakować. Dosłownie

Forma tej to jest hit sezonu!

Klasyka... Klasyka...

sobota, 24 maja 2014

Odzyskuję czas na blogowanie:)

...z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Roczek Małego, zakończenie projektu w pracy wielkiego, szczepienia, leczenia...  I konieczna normalność życia do ogarnięcia na co dzień.


Skutek? Ledwie raz na o wiele za długo czas znaleziony na zerknięcie do blogów Cudzych i to nieme poczucie zazdrości, że potraficie po nocach coś pisać i ku uciesze ogółu na blogi wrzucać. Ja padam jak nieżywa w okolicach 22.

Ale dziś sobota, to sobie wstałam po 5, się zamknęłam, Dziecię Numer 1, Numer 2 i Numer 3 pod "tacierzyńskie" (fuj, jakie piękne słowo!) skrzydła przekazałam i się relaksuję, a co!

No więc proszę bardzo:

18 maja



 Był Roczek... Ale niech się nikomu nie wydaje, że to wystarczający powód do kupowania ciuchów jest:) - ależ skąd! Jest to bowiem mój komunijno-sportowo-orsayowo-pamiątkowy strój, a w każdej części w innym wieku.
W wiekowym wieku:

żakiet - no name - 3 lata (uwielbiam go za genialne wykończenie, podszewkę i rękaw 3/4)
top - lidlfeszyn:) - 2 lata
bransoletka - 4 lata (to taka niezbyt typowa ciupaga znad morza:)
spodnie - orsay - 7 lat 
buty - no name - 8 lat

Co do wieku tych ciuchów - nie, nie mam na celu epatowania ich starością. Nie o to chodzi. Czasem tylko wstydliwie:) pomyślę, że pewnie wielu przez głowę przebiegnie, po co nosić takie stare i zniszczone szmaty. Że jak się w takich starociach wygląda. 
No normalnie się wygląda. Bo nie są zniszczone. Jedynie na butach widać ten ślad czasu, reszta jest okey.
I tak naprawdę to ja się często dość zastanawiam, jak kobiety to robią, że im się bluzki po jednym sezonie wyciągają, przecierają, prują i co tam jeszcze...
I jak one to robią, że im buty z nóg po roku spadają, dżinsy dziury mają, swetry się mechacą i co tam jeszcze...
Że ubrania z lidlów, stonekbiedronek albo innych "salonów" złe, słabe i be?
 Nie!
Nie są to ciuchy w jakości markowej, ale!
Są to szmatki w całkiem przyzwoitej jakości normalnej. Znaczy takiej, co się nie rozpada po jednym, góra dwóch, praniach, lecz starcza na naprawdę o wiele dłużej.
Co do dziury w dżinsach - pamiętam z dzieciństwa, że dostawaliśmy nowe dżinsy raz do roku w zimie i musiały nam starczyć na te dwanaście miesięcy. I starczały. A chodziło się w nich codziennie z bolesnymi przerwami na pranie, gdy trzeba było coś innego na siebie wciągnąć. Prawda, że pod koniec "kadencji" rumieńców nabierały obawy o integralność struktury:) na kolanach i tyłku, ale rzadko nie udawało się im przetrwać.
No to jak dziś, kiedy przez lata zbierania uzbierałam i obecnie mam dżinsów par 3 (słownie: trzy:), dżinsowych spódnic 2 (słownie: dwie:), spodni z materiału par 2, innych dołów i gór jeszcze z kilkanaście, jak nie więcej - to jak dziś mam zedrzeć, zniszczyć i wyrzucić tyle ciuchów?!
Niewykonalne. Piorę jak należy, suszę jak wyżej. Prasuję. Szanuję.
Się nie chcą zniszczyć. Zmechacić. Przetrzeć. Rozpaść na strzępy.
Czego czasem chciałaby ich właścicielka.
Owszem, niektóre z nich raz na kiedyś awansują do rangi szmat "domowych", z nich do stopnia "sprzątaniowych", a te z kolei do zaszczytu "podłogowych", ale to naprawdę po wielu latach wiernej służby.
W górne rejestry się zatem udaję i chwytając się za serce, rozdzierającym szeptem zapytuję:
Jak Wy to robicie, że Wam się w takim tempie te ciuchy wydzierają?
Przecież to nieprawda, że po jednym sezonie t-shirt jest do wyrzucenia! Chyba że ktoś chodzi w nim przez rzeczony sezon codziennie.
Ale nie chodzi, prawda?
No to o co chodzi?
21 maja 



t-shirt - no name - 3 lata, łódkowy dekolt i rękaw do łokcia - 15 zł - uwielbiam
spódnica - makrofeszyn:) - 9 lat - głębokie kieszenie - 30 zł - bardzo uwielbiam
szmaciane baleriny - reserved - 3 lata - kolor t-shirtu - kokardki - białe podeszwy - 50 zł - zdzierstwo, ale poprzednie szmaciane czerwone za 7 zł z auchan padły po 4 latach
torba - wyprzedaż w carrefour - 4 lata - 20 zł - prawie do wyrzucenia, ale jeszcze zipie, a dzieci rosną:)


22 maja - wyprawa do sklepu - wcześniej uroczystość podsumowania wielkiego projektu CPCD, ale:




bluzka t-shirtowa - no name - 30 zł - 1 rok - uwielbiam - w realu o wiele ciemniejsza niż na zdjęciu
spodnie - orsay - 7 lat
baleriny - no name - 8 lat
bransoletka j.w.
torba - hit sezonu:) - ubiegłego - twój styl dawał kilka lat temu jako produkt eko z hasłem "twoja ziemia, twój styl" - w krowie ciapki - nosiłam w niej zakupy czasem, jak mi się przypomniało, że ją mam, aż tu nagle!
Się okazało, że takie torby są modne. W zeszłym roku. Nie miałam czasu jej wtedy wyprasować i zaszpanować, to sobie odbiję teraz. A co! Staremu wszystko przychodzi wolniej. Starcza skleroza, spowolnienie i ogólnie marazm.
Się nie będę przejmować. Będę się obnosić.
I normalnie z Małym się wybrałam na uroczystość zakończenia własnego projektu z różnymi "osobistościami".
I się jak głupia cieszyłam, że - choć do przygotowań się ciut przyłożyłam - na scenę (choć ten jeden raz!) oficjalnie wyłazić nie musiałam, to się wygodnie (ale nie całkiem dżinsowo) ubrałam i po widowni szwendałam, i jako ta matkapolka z Dziecięciem na ręku do ludzi przysiadałam:).
W końcu i tak na tej scenie z Małym wylądowałam - mnie zawołali - ale szmaciana torba dawała mi poczucie genialnego dystansu i luzu pod tytułem nic nie muszę, jestem, bo chcę, i jak mi fajnie z tym wszystkim. Tak mam - jak mam czym, lubię złamać konwencję tak na pokaz, jakkolwiek głupawo to tu brzmi.

Serio - było naprawdę przyjemnie patrzeć, jak kończy się oficjalnie coś, co kilka lat z życia zabrało i pewnie siłą rozpędu potrwa w myślach może kilku osób w tym mieście.

No bo to tak jest:
"Bicie jest głupie. Jak mądrze kochać dziecko?"

3 lata przygotowań. 3 lata projektu.
Było. Mam nadzieję, że się na dobre nie skończyło.

I takim to właśnie bardzo na temat akcentem kończę dzisiejsze posiedzenie. Dziecię płacze.

sobota, 17 maja 2014

"Z drogi", śledzie! Andrzej Stasiuk jedzie!

...z cyklu "Czytam sobie"

 

http://culture.pl/pl/tworca/andrzej-stasiuk


Jedzie Ukrainą, jedzie mongolskim stepem, jedzie drogą numer 816. I słucha. Radia Maryja. Bo Matka. Bo na przekór. Bo takie najlepiej odbiera.


Stasiuk genialny. Bez estetyzmu, a za to doskonały. Pulsujący rytmem, ale nienachalnym. Tylko treść w chropawej formie drga. Bo językowa zwyczajność.

Proza nie bardzo naturalistyczna, choć banalnie brudnawa. I nie artystowska, choć piękna.

Przecież jednak nie powinno się pisać, że piękna, bo każdy nauczyciel i krytyk powie, że to nic nie znaczy. Nie. A jeśli już, to najwyżej tyle, że czytelnik mało oczytany, się nie zna i nie umie mądrze o prozie.

Ale i tak piękna.

Artystowsko nieprzekombinowana. Co tam! Ona w ogóle niekombinowana, jak z marszu pisana. Czuta?

Piękna.

To możliwe, gdy naprawdę siedzi w człowieku artysta. Nawet jeśli człowiek o tym nie myśli. 

Nawet jeśli o tym nie myślisz. Tylko sobie jesteś. I na przykład piszesz po prostu, zamiast kombinować, jak by tu dzieło wiekopomne zmajstrować i jak się za pomocą artystowskich środków wyrazu wyrazić[sic]. Aby było: rytmicznie, estetycznie, ekstatycznie, klimatycznie, ekscentrycznie, niebanalnie, uniwersalnie, horrendalnie(!), eksperymentalnie, dość dworsko, nowatorsko... Uff!

Tylko sobie pisze. Bo, choć się z tym wcale po własnych książkach nie obnosi, ma talent.

Wystarczy.

Andrzej Stasiuk: Nie ma ekspresów przy żółtych drogach. Oraz inne małe prozy.
Bo warto.

środa, 14 maja 2014

Władysław Hasior

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

Galeria Władysława Hasiora w Zakopanem. Folder


 

Jak dobrze jest mieć kilkanaście lat i po raz pierwszy natrafić na sztukę. Jak dobrze jest nie mieć percepcji skażonej ideologiczną "dobudową" wtłoczoną do głowy przez biogramy, recenzje i "lepiej wiedzących".

Jak dobrze mieć bezczelną odwagę ignoranta i nawiązać rozmowę z Artystą po spotkaniu autorskim. I podzielić się z nim swoim adresem. Prawdziwym.




Jak dobrze otrzymać od Artysty kilka listów i kartek pocztowych, na które się wcale, ale to wcale nadziei nie miało. Bo jak? Taki Wielki Artysta i taki mały nikt. Jak dobrze móc Artyście na listy odpisać, godzinami dobierając słowa. I znów otrzymać odpowiedź.

Jak dobrze mieć co wyciągnąć z pudła pamiątek i z namaszczeniem kolejny raz obejrzeć. Się wzruszyć. I sobie przypomnieć.

Wrzesień 1991 roku. Maturalna klasa. Tygodniowa wycieczka do Zakopanego.
Gubałówka, Krupówki, fotografia z misiem. Morskie Oko, Kuźnice, Kasprowy. Atma, Cmentarz na Pęksowym Brzyzku, Galeria Hasiora. Fakultatywnie. Takie były czasy. Czasy "czasu wolnego" na wycieczce, dla tych, co nie chcieli do Galerii Hasiora. Ani do żadnej innej. Dziś już "nie te czasy". "Czasu wolnego" brak. Czas wypełniony atrakcjami po brzegi.

Galeria. Szok absolutny. Może mi się wydaje. Może idealizuję młodość. Może. Ale takiego natężenia artystycznej energii, jakie tam panowało, nie spotkałam już nigdzie indziej. Poraziło mnie. I moją "nierozłączkę" także. Więc szok. Niezmącony nawet szumem generowanym przez dwudziestkę niezbyt zainteresowanych sztuką, lecz jednak trochę sztuką zdziwionych, gardeł.

Że na zamówienie komuny. Że protegowany. Że swych czasów celebryta.

A może dzięki temu w świecie znany? Może markę kraju promujący?

Może. I pewnie figowy listek niezbyt dobrze cenzurowaną szarą codzienność sztuki osłaniający.

Trudno. Tamto pierwsze nieskażone spojrzenie może i było naiwne, może ignorancją podszyte, może nastoletnio egzaltowane. Nie szkodzi. I tak było lepsze od "uczonej" i politycznej paplaniny towarzyszącej wystawie w krakowskim MOCAK-u. Było porażające. Na tyle, żeby w już w grudniu potraktować Artystę jak "swojego", jak kogoś bliskiego po prostu. Bo w grudniu odbyło się z Artystą spotkanie w naszym miejskim KMPiK-u i ręka do góry, kto pamięta, co to było i potrafi rozwinąć skrót bez google'a! Mówiło się na to... "empik".

I tak, zdaję sobie sprawę, jak brzmi to, co w tej chwili piszę. Tylko że naprawdę nie mam pewności, czy mój dzisiejszy "dorosły" dystans, obycie, "znajomość kontekstów" i inne ble ble - czy to aby na pewno zasługuje na miano dojrzałego odbioru sztuki. Bo czy sztukę w ogóle należy odbierać "dojrzale"? Czy obudowany teorią, kontekstami, wiedzą o historii sztuki odbiór to jest odbiór prawdziwy? 
Bo coś mi mówi, że gdyby nie tamta zakopiańska wycieczka, dziś Władysław Hasior obchodziłby mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. A tak wciąż poraża.

"Ideolog"

"Wyszywanie charakteru"

wtorek, 13 maja 2014

Minimum wychowywania - maksimum rodzicielstwa, czyli Slow Parenting:)

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne" oraz "Czytam sobie"



Raz w życiu COŚ wygrałam! Raz! I to od razu książkę. Czyli to, co od zawsze przedstawia dla mnie największą wartość. A wygrałam ją TU:) - to BARDZO FAJNE MIEJSCE W NECIE!


Normalnie jak widzę poradnik typu "trzy sposoby na życie" albo "jak się zakochać, wyjść za mąż i rozwieść w pięć dni", ogarnia mnie najpierw śmiech pusty, a zaraz potem złość, że się tyle papieru zmarnowało i wszystkiego innego do produkcji i dystrybucji kolejnego nikomu niepotrzebnego produktu książkopodobnego.

Normalnie, ale nie tym razem. Chociaż podtytuł "100 złotych zasad" poraża rozmachem - bo jak to?! aż sto?! kto liczbie tej podoła?! - to jednak nie warto się zniechęcać, moi drodzy, warto przebrnąć:))).

Cóż bowiem przyjemniejszego, niż świadomość, że się w ten dokładnie sposób samemu "chowanym" było, choć szkoda, że nie w Paryżu, a tu, znaczy na prowincji ciemnej i głuchej:).

Wcale nie przesadzam, wcale się nie chwalę, chcę tylko napisać, że książka napisana przez amerykańską dziennikarkę, która z niewiadomych mi przyczyn (pierwszej książki nie dało się nigdzie wygrać:( znalazła się w Paryżu i tam wychowywała trójkę swych dzieci, no więc, że ta właśnie książka krok po kroku pokazuje to, co nasi rodzice prawdopodobnie całkowicie intuicyjnie na nas wychowawczo stosowali, a co dla naszego pokolenia, naszpikowanego mnóstwem pedagogicznych poradników, stanowi sensacyjne odkrycie. A w każdym razie stanowi odkrycie dla Pameli Druckerman.

No dobrze, nie napiszę, że czytając te sto porad, bardzo się dziwiłam. To znaczy dziwiłam się, ale nie poradom, tylko sobie. Ponieważ dotarło do mnie, że zawsze, kiedy sobie "odpuszczałam", kiedy luzowałam cugle albo kiedy próbowałam przed dziećmi przez pięć minut udawać, że mnie nie ma - czułam dyskomfort. Dyskomfort bycia wyrodną i niegodną. Matką oczywiście.

A moi Rodzice nie. Teraz to widzę. I dobrze. Już kiedyś sama mniej więcej o tym samym wspominałam i jeszcze w Dużym Pokoju wyczytałam.

Dziwne to uczucie, bo przecież gdy się temu wszystkiemu przyjrzeć, logiczne to jest i spójne.Tylko że się tę logikę i spójność dało z siebie wyprać przy pomocy niezliczonych artykułów z takim poczuciem obowiązku czytywanych w różnych pismach, internetach i gdzie tam jeszcze.

Ale nie, nie! Żeby nie było! Się dzieci według światłych poradnikowych porad nie chowało. Może się tylko z rzadka zrywy miało. Nie o to chodzi. Chodzi o to natomiast, że się w głupie poczucie dyskomfortu (nie winy - za duże słowo, więc bez przesady, dyskomfort jest w sam raz) wpędzić naiwnie dało, zamiast spokojnie i na luzie we w miarę nieomylność własnej intuicji uwierzyć. I tak sobie płynąć. Bez poczucia czegokolwiek. Po prostu. Pisałam już, że to rodzicielski minimalizm? Nie? No to właśnie piszę. I taki sobie slow life. Sorry, slow parenting:).

Dzięki ci, Pamelo Druckerman, za przywrócenie niezłej optyki widzenia spraw absolutnie podstawowych, którą sobieśmy sami wpierw bardzo umiejętnie zepsuli.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o formie i języku tej książeczki. Jest niewielkiego, prawie kieszonkowego formatu. Średnio gruba. Z dużymi marginesami dookoła tekstu. W środku sporo stron tak zwanych "ozdobnych", śródtytułowych, zamykających rozdziały itp.

Jak więc w tak niewielkim formacie zmieściło się aż STO porad?! Normalnie, całkiem normalnie. Trzeba tylko umieć zachować dyscyplinę języka i ekonomię słowa, zamiast folgować własnemu nieokiełznanemu gadulstwu, jak, nie przymierzając, pisząca te słowa, czyli ja. Trzeba jasno, konkretnie i jednoznacznie wyrażać się, zamiast wdawać w labirynty refleksji, od których kolejne refleksje, a od nich następne... I to wszystko oczywiście w imię jak najsłuszniej podjętego celu osiągnięcia pełni zrozumienia przez cierpliwych czytelników. Gdybym ja była autorką stu porad dla rodziców albo kogokolwiek innego - zwiewajcie narody! (że tak sobie sparafrazuję:). Znaczy to, że braknąć by mogło i tysiąca stron. Mówię serio.
Zazdroszczę więc Pameli tej niezwykłej umiejętności zwięzłego, zrozumiałego i jednoznacznego, acz nienarzucającego się stylu pisania. Jest to bowiem książka na wskroś minimalistyczna. Od minimalistycznego podejścia do wychowywania (nie mylić z potrzeb dzieci lekceważeniem), przez użycie minimum środków językowych, aż do uzyskanej dzięki dwóm poprzednim cechom na wskroś minimalistycznej formy (niewielki format, względna "chudość" i sporo światła pośród tekstu). I niech Was nie zmylą wymalowane gdzie się da (nawet przy numerach stron) różne esy-floresy:).

A, i świetny przepis na tartę z cukinii:). Oraz na kilka innych dań "dziecięcych".

poniedziałek, 12 maja 2014

Kiedy wreszcie będzie cieplej?

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Żebym już wreszcie mogła wyjąć letnie ciuchy i się tak beznadziejnie nie powtarzać?!


Bo przy takich temperaturach jest tak, jak już wiele razy było. Proszę bardzo:


3 maja

4 maja

5 maja


10 maja

Jak się nie ociepli, zacznę paradować w piżamie. Będzie mniej nudno:)

poniedziałek, 5 maja 2014

Chwalę, ale... Jak chwaląc, nie osiągnąć odwrotnego skutku

... z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Budowle naszych dzieci są wspaniałe. Bezwzględnie


 

No właśnie. Mało kto zdaje sobie sprawę ze znaczenia tego małego, zdawać by się mogło, niewinnego, słówka, przez chwalących w jak najlepszych intencjach używanego.


I choć wszyscy wiedzą, że dobrymi, a nawet najlepszymi, intencjami piekło jest wybrukowane, często z podziwu godnym poczuciem obowiązku słówka ale w pochwale używają. A warto wiedzieć, że gdy się chwali, nadużyciem jest każde użycie ale.

Ale:) dlaczego?
Bo - po pierwsze: kto raz został w ten sposób "pochwalony", ten wie.

Bardzo ładny domek narysowałeś, ale musisz poprawić te drzwi, bo trochę krzywe.

Albo:

Świetnie umyłeś talerz, ale spróbuj jeszcze doczyścić tę plamkę.

Co na to fachowcy?
Wiele razy spotkałam się ze słuszną wg mnie opinią psychologów, że należy unikać łączenia pochwały ze wskazywaniem błędów. I że nie pomaga tu propagowana przez niektórych rada, iż dobrze jest zacząć od pochwalenia za elementy dobre, a dopiero potem przejść do wskazania niedociągnięć, choćby nawet rzucały się w oczy. Że wtedy to niby jesteśmy tacy wspaniali, że i zalety docenimy, i wady wskażemy, a nawet chętnie podpowiemy, jak je poprawić! To jest to słynne ale - Och, wspaniale obrałeś ziemniaki, naprawdę świetnie ci poszło, ale szkoda, że nie pokroiłeś ich przed gotowaniem

Chodzi o to, że ale w tej sytuacji w odczuciu dziecka (albo kogokolwiek "chwalonego") całkowicie unieważnia wcześniejszą pochwałę. 

Czasem w swojej ignorancji zdarzyło mi się zrobić taki błąd podczas lekcji - pochwaliłam entuzjastycznie ucznia, któremu udało się zrobić coś, co wcześniej było dla niego trudnością nie do pokonania, jednak do zadania wkradły się nieistotne błędy, takie "błędziki". 

Skutek? Proszę bardzo:
No więc najpierw widzę, że dzieciak śmieje się całym swoim jestestwem, zaraz uleci dosłownie i nagle, jakby ktoś go ktoś obuchem uderzył, łzy w oczach, prawie płacze i tak się kurczy, że o mało nie zniknie. Mała szansa, że jeszcze kiedyś zechce podjąć wyzwanie. 

Refleksja? Oto i ona:
Pamiętam to do dziś. Było to z mojej strony bezmyślnie okrutne i teraz już wolę nie widzieć błędów w takich sytuacjach, bo takie "widzenie" przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. Pół biedy, gdy rzecz dotyczy osoby radzącej sobie w miarę dobrze, ona może lepiej znieść taką sytuację, choć i tak skrzydeł jej to nie doda, a raczej odwrotnie. 

Rada? Można tak:
Co do błędów, które należy przecież jednak skorygować, trzeba się wysilić i zaaranżować taki bieg wydarzeń, który pozwoli nam nauczyć dziecko, jak coś zrobić poprawnie. I wcale nie musimy wracać do tamtej konkretnej pracy, można po prostu wspólnie taką samą pracę wykonać i już na bieżąco czuwać nad prawidłowym przebiegiem wszystkich elementów.

Po drugie i ostatnie - dla tych, którym takich "pochwał" udało się w życiu uniknąć albo krucho u nich z empatią. Będzie logicznie: 

Ale jest spójnikiem łączącym zdania składowe w zdanie współrzędnie złożone w stosunku przeciwstawnym. Co po ludzku oznacza, że treść drugiego zdania składowego w pewien sposób zaprzecza treści zdania pierwszego - czyli de facto unieważnia je:

Jesteś świetnym kierowcą, ale mógłbyś nauczyć się lepiej parkować.

PS Ale ma bliźniacze rodzeństwo. Na imię mu: lecz, jednak oraz wiele innych.

PS 2 Choć podany przeze mnie przykład dotyczy sytuacji szkolnej, to jednak sądzę, że jako rodzice często popełniamy podobne błędy. A metoda ich uniknięcia jest ta sama - i w domu, i w szkole.

Tak sobie dyskutowaliśmy podczas kursu "Wychowanie chłopców" na platformie Internetowego Uniwersytetu Mądrego Wychowania Fundacji ABC XXI. Gdzie można się jak najbardziej przyłączyć:)

niedziela, 4 maja 2014

Obscenicznie. Co ma facet?

...z cyklu "Uroda życia"

 

Ładna para:)


"Kasia i Tomek" - 1. sezon. Puenta.


Łazienka. Kasia namawia Tomka do czegoś tam. Tomek nie chce. Znowu namawia. Znowu nie chce. Mówi, że - jak każdy facet - ma zasady. Na to Kasia sięga po ostateczny argument i klęka. Na to Tomek: "No dobra, niech ci będzie. Zapomniałem, że facet nie ma zasad". Na to Mąż: "Facet nie ma zasad. Facet ma interes".

piątek, 2 maja 2014

Model rodziny. Redefinicja

...z cyklu "Uroda życia"


Jedynak:) - Foto Starszaka


Ile dzieci jest w rodzinie "2 plus 1"?

Troje.

???

Najpierw dwoje starszych, a potem jeszcze jedno młodsze.

czwartek, 1 maja 2014

Tokarczuk. Subiektywnie

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Nie tak dawno temu (najwyżej miesiąc lub dwa:) padła na tym blogu nie do odrzucenia propozycja:) "rozważenia" wątku dotyczącego książek, które czytam i które ewentualnie polecam. Ha, ha! Ja polecam:)! Aby polecać, wpierw się znać trzeba, ale skoro jest zachęta... W związku z nią właśnie postanowiłam wątek wskrzesić (bo istnieje on u mnie, a jakże!) i napisać o książce, której jeszcze nie ma. To znaczy jest, tylko jej jeszcze nie wydali, a na razie zapowiadają i niewielkie w związku z tym zajawki tu i tam drukują. Na pokuszenie. Na smak. 

 

Książki w Tygodniku: miłość
Zdjęcie TU opublikowali


No więc ostatnio (u mnie ostatnio - znaczy: trzy miesiąca temu:) natknęłam się na zapowiadający całość fragment najnowszej powieści Olgi Tokarczuk - "Xięgi Jakubowe". I uczyniłam kolejne, któreś tam podejście do autorki znanej, uznawanej i adekwatnie do owego uznawania nagradzanej. Uczyniłam z nadzieją, że może jednak, że może tym razem...

I co? I nic. Kolejny raz nic. Jestem za głupia na mądrą i głęboką tę prozę. I nie ironizuję tu sobie, nie podśmiewam się, nie dystansuję. Więc może nie tyle za głupia, co zbyt cyniczna? Nie kręci mnie takie pisanie. Nie, że autorka nie umie! W żadnym razie! Umie! Jeszcze jak umie! Daje radę, jak mało kto dzisiaj. O czym zresztą wiadomo od dawna i informować nikogo nie trzeba.

Ale widzę przeczytany fragment tak:
Cudowna proza! I na tę cudowność składa się idealny styl (plus bardzo, bardzo stylizacja), doskonały, acz nienarzucający się rytm (aż się chce czytać na głos i słuchać!), idealne słownictwo, idealny język i idealne wszystko po prostu!

Tak. Forma jest bardzo dobra. A nawet doskonała. Niezwykle estetyczna. W sumie dokładnie taka, jakiej od prawdziwej sztuki należy oczekiwać. W sumie to nawet jest tak, że po przeczytaniu tej, każda forma gorsza mnie już zgorszy. I zdenerwuje. Oraz zirytuje. Że po co ktoś pisze, jak nie potrafi. Ale Olga Tokarczuk potrafi. O czym zresztą wiadomo od... itd.

No i właśnie dla tego "potrafi" jestem w stanie przeczytać kilka stron. Nie kilka stron dziennie, zanim zasnę. Kilka stron w ogóle. Ponieważ tyle mi do zaspokojenia estetycznych potrzeb literackich w zupełności wystarczy. Później, prócz doskonałej formy i takiego samego warsztatu, muszę mieć coś więcej. A w tym wypadku nie mam, niestety.

Znajduję tam bowiem świat na granicy światów, kokietuje mnie tam zmityzowana do bólu rzeczywistość. Próbuje wciągnąć baśń. Takie elementy scenografii odnajduję na tych kilku do posmakowania danych stronach. Tylko że akurat ja w tym entourage'u nie gustuję. Tak mam. Jeśli jednak Wam się to podoba - w "Xięgach Jakubowych" znajdziecie mądrą, nieraniącą uszu oraz intelektu rozrywkę, a może i więcej. Z całą pewnością więcej. Ponieważ talent Olgi Tokarczuk to jest absolutna pierwsza liga, format poza wszelką konkurencją. W swoim gatunku. Poza nim też.

Ale że wszystko - sztuka także - bywa kwestią gustu, zatem...

Ja okropnie żałuję, ale mnie estetyczna doskonałość tej prozy dawała  satysfakcję przez stron kilka i sądzę, że nie da jej więcej

Sądzę, że to kwestia samego tematu, dość dla autorki charakterystycznego. Trudno coś powiedzieć na pewno po tak krótkim fragmencie, ale: tradycyjne miasteczko żydowskie plus coś z "pogranicza kultur", tak to umownie i na własny użytek nazwę, ale mogę się mylić, bo fragment niewielki. Zajawka jakiejś naprawdę ciekawej historii, a wszystko w sosie mityczno-baśniowym. Kompletnie nie moje klimaty.

Ale świetnie napisane, bo jakżeby inaczej. Jednak z książką jak z człowiekiem - najpiękniejsza powłoka (że się tak podle wyrażę) nie zatrzyma nas przy nim na dłużej, gdy brak wewnętrznego porozumienia (czyli się na innych falach nadaje - tym razem kolokwialnie dopowiem:). I to nie to, że treść jest jakaś "zła" czy coś. Tylko "powłoka" jakby lekko przestylizowana, nadmiar estetyki, bo ja wiem... Ale, jak już wspomniałam, ja się nie znam. Sorry.

O, już wiem! "Takie coś" bardzo by mi odpowiadało w formie miniatury literackiej, może opowiadania. Tego typu powieść to dla mnie o wiele za wiele. 

Marudzę, marudzę, ale byłoby dobrze, gdyby wszyscy domorośli "pisarze" tak sobie pisali...

Nie skuszę się jesienią. Wolę, gdy jest bardziej chropawo. Jak u "podróżnego" Stasiuka na przykład. Ale o tym następnym razem.

PS Takie wpisy jak ten w żadnym razie nie mają na celu wywnętrzania się na temat książek kształtującego do tychże stosunek czyjkolwiek. Są absolutnie i bezgranicznie subiektywne i w najmniejszym nawet stopniu nie świadczą o wspomnianych tu książkach, a co najwyżej o bezczelnej śmiałości i niezmierzonej ignorancji wpisów tych zakompleksionej autorki.